Najlepsza przyjaciółka mamy mieszka w Holandii od ponad 10 lat. W sobotę z racji jej obecności na naszej ziemi, wspólnie pojechaliśmy do Sandomierza. Razem z jej irańskim pertnerem Rezą. Reza ma 41 lat, jest niewysoki, ma kręcone włosy, w które często jak mała dziewczynka wkłada palce, bawiąc się pojedynczymi lokami. Jest bardzo zabawny i więcej w nim dziecka, niż dorosłego czterdziestolatka. Wracając do domu na autostradzie między Krakowem a Gliwicami darłeś się bez ustanku. To drugi raz w Twoim życiu, pierwszy raz -pisałem ci o ty, działo się tak po chcrzcie. Może zęby, może kolka, bo mama jadła kupiony na sandomierskim rynku chleb ze smalcem.
Wracając myśleliśmy o drzewach z naszego ogrodu. W sobotę miały zostać wycięte, bo były zbyt stare i groziły upadkiem na dom. Kupiłem małą wódkę i w tę deszczową noc piłem za każde martwe drzewo, leżące teraz na trawie naszego ogrodu. Były piękne i bardzo mi smutno, że ich nie ma. Dziś rano liczyłem słoje akacji. Około 70. Dwa razy starsze niż ja. Teraz chodzę po ogrodzie i udaję, że nie wiem o tym, że istniały. Przechadzam się pomiędzy ich ciałami, kroję piłą mechaniczną, układam w stosy i przygotowuje do pochówku w ziemi, gdy już będą popiołem wyciągniętym z zimowego paleniska naszego zielonego pieca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz