Na piankowej macie, o której pisałem ci już kilka słów potrafisz jak wskazówka sekundnika kręcić się w koło, a gdy zdecydujesz się, że coś cię ciekawi, podpełzujesz niczym animowana dżdżownica. Inną nowością jest Twoje odkrycie krzyczenia. Jest to krzyk życiowy, naturalny, ciągły, kilkusekundowy, raczej zabawny, niezajęty bólem czy wołaniem o pomoc. W swoim kaszkiecie i z wielkimi oczami, którymi patrzysz nad wyraz głęboko, zwracasz uwagę przechodniów. Co chwilę, ktoś komentuje Twoje spojrzenie. Dużo się ruszasz, wyginasz, wykrzywiasz. No a na dodatek, od tygodnia masz katar. Wyciagamy Ci z nosa katarowe kluski z pomocą nas obojga -ja trzymm ręce, mama głowę oraz aparatu, który składa się z wężyka, ustnika i rurki donosowej. Mama wciska ci do nosa donosową rurkę, Ty ryczysz i bronisz się zaciekle, a ja ustnikiem ciągnę kózki-galaretki. Pomiedzy moimi ustami a nimi, tkwi w rurce gąbkowy filtr, co broni mnie przed konsumpcją. Myślałem dziś rano czy mogą istnieć rodzice, którzy brzydziliby się takie higieniczne wyczyniać wybryki?
Przed wejściem do naszego domu, poprzedni właściciel zatynkował kamienną podmurówkę oraz klinkierowe cegły. Od kilku dni odkuwam z pomocą młotka i majzla ów piękny kawałek elewacji. Córka, poprzedniego właściciela, Mariola, która jest moją księgową obecnie, nie ma pojęcia dlaczego jej tata tak zrobił. Tysiące uderzeń młotka w stary tynk i chyba mam zakwasy w nadgarstku. Dziś młotek pękł na pół. Nie wytrzymał. Na kolację wymyśliłem sałatkę, z tego co było pod ręką. Z ogródka wziąłem dużą kalarepę, kilka przepysznych pomidorków koktajlowych, z lodówki troche czarnych oliwek, paluszki surimi z lidla, troszkę posiekanej zielonej pietruszki, kilka kawałków sera gorgonzoli, którego Twoja mama używała do kanapek z wiśniami według przepisów z prenumerowanej gazety Kuchnia; oliwę z pestek winogrona i kilka kropel soku z cytryny. Pociąłem, pomieszałem, zjadłem.
Pociąłem, pomieszałem, zjadłem. Myślę, że tak powstają nowe dania. Dzięki połączeniu głodu i rzeczy, które trzeba zjeść, inaczej się popsują.
Teraz śpisz w łóżeczku od kilku dni eksperymentując z nową pozycją snu. Jesteś wygięty w łuk, leżąc na boku. Podszedłem do Ciebie, położyłem dłoń na Twojej piersi i poczułem bicie serca. Wróciłem do komputera i napisałem o tym. Cały czas o tym piszę. Jestem podłączony do ciebie jak ekg.
Nad Gliwicami burza. Cały tydzień ma lać. Twoja ciocia Misia przyjmuje swojego teścia z Palestyny. Masło kosztuje 4 - 5 zł. Margaryny nie jemy. Czytam książkę " Zaklinacz psów" i zamieniam się w przywódce stada wobec Neski. Nie wiem jak zakończyć ten blogowy post. Denerwuje mnie, że coraz mniej jest polskich odpowiedników takich słów jak "blog" czy "post". Jest późno, Konstanty Parówko, tak mówię do Ciebie czasem. Idę Konstanty Parówko, cześć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz