Była sobie kura olbrzym. Chodziła to tu, to tam, ale nie było jej za dobrze. Dziób miała wielki jak osobowy samochód i tym dziobem nie mogła żadnej upolować dżdżownicy.
- Dużych kamieni jeść nie będę -mówił -bo mi się po nich ciężko odbija. Nie pozostaje mi nic innego jak jeść ludzi.
I tak też zrobiła, połknąwszy pewnego pana i panią.
-Dzień dobry. Nazywam się Ernest Filomski -rozpoczął pan wewnątrz kury olbrzyma.
-Dzień dobry. Nazywam się Filomena Ernik -odpowiedziała pani.
- Czy to nie wyjątkowe, że nazywamy się podobnie?- zapytał pan i spojrzał na panią wewnątrz kury olbrzyma -skąd Pani jest?
- Z Białegostoku.
- To niewiarygodne! JA też! A na jakiej mieszka pani ulicy?
- Na kabaczkowej.
- A ja na naciowej. Toż to obok! - prawie krzyczał pan. To niesamowite, że dotąd się nie spotkaliśmy wcześniej, dopiero wewnątrz tej kury.
- o tak- potwierdziła pani.
Od tego dnia kura przestała narzekać i miewać problemy, ponieważ pan Ernest i pani Filomena chodzili do pracy, gotowali, sprzątali wewnątrz kury olbrzyma i żyli tam szczęśliwie, więc i jej to szczęście się udzieliło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz